Przez długi czas moje wpisy były… pomocne. I dobrze — ktoś musiał wyjaśnić, co to jest PCC, dlaczego zdjęcia z lampą błyskową to zbrodnia i czemu „sprzedam szybko, bo się nie przywiązuję” zawsze kończy się długą relacją z portalami ogłoszeniowymi.
Ale dziś będzie inaczej.
Dziś zapraszam Was za kulisy mojej pracy — tej prawdziwej, nie tej instagramowej. Nie będzie listy kontrolnej ani analiz rynku. Będą za to historie, kawa i trochę humoru, bo w mojej pracy bez tego ani rusz.
Poranek zaczyna się zanim otworzę laptopa
Nie wiem jak Wy, ale ja mam teorię: 70% tego, czy dzień będzie udany, zależy od pierwszej kawy.
Druga teoria: agent nieruchomości zaczyna pracę, zanim jeszcze zdąży tę kawę dopić.
Zwykle wygląda to tak:
07:58 – telefon
„Dzień dobry pani Justyno, ja przepraszam tak wcześnie, ale czy ten kolor na ścianach na pewno się spodoba kupującym? Bo ja tak patrzę i… chyba się rozmyśliłam”.
I to jest właśnie moment, w którym włącza się moja ulubiona część zawodu: bycie człowiekiem, nie tylko pośrednikiem.
Tak – potwierdzę kolor.
Tak – uspokoję.
Tak – zaproponuję zmianę, jeśli widzę, że to faktycznie pomoże.
Tak – jeszcze nie piję kawy, ale emocjonalne wsparcie działa także na kofeinie wirtualnej.
Wchodzę do mieszkania i wiem, że to nie jest tylko metraż.
Jeśli ktoś myśli, że pośrednik widzi tylko „m² x lokalizacja = cena”, to muszę rozczarować.
Ja widzę inaczej.
Wchodzę do mieszkania i widzę:
- tę komodę, która była „tylko na chwilę” od 2016 roku,
- krzesło, którego nikt nie lubi, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że „jeszcze się przyda”,
- i kanapę, która przetrwała więcej niż niejedna historia miłosna.
Widzę historie. Widzę emocje. I widzę ludzi, którzy za chwilę będą ruszać dalej — a moją rolą jest sprawić, by ten proces był jak najmniej stresujący.
Bo sprzedaż to wbrew pozorom… rozstanie.
A ja trochę jestem od tego, żeby przynajmniej odbyło się bez łez — albo przynajmniej bez tych dramatycznych.
Lubię rozmowy, które nie mają nic wspólnego z rynkiem.
Czasem dzwoni klientka:
„Pani Justyno, ja tylko chciałam zapytać… czy wystawiać te kwiaty na taras przed prezentacją?
A kończymy na rozmowie o tym, że jej kot obraził się na zmianę układu mebli.
I bardzo mi to odpowiada.
Bo praca pośrednika to nie tylko operowanie liczbami, dokumentami i kluczami. To także:
- wysłuchanie wątpliwości,
- podzielenie się doświadczeniem,
- a czasem po prostu bycie tym głosem, który powie: „spokojnie, wszystko idzie zgodnie z planem”.
Szczerze?
To właśnie te rozmowy sprawiają, że lubię tę pracę jeszcze bardziej.
Najpiękniejsze w tej pracy jest to, że komuś pomagam zacząć nowy rozdział.
Każda sprzedaż i każde przekazanie kluczy to moment symboliczny.
Jedni zaczynają nową pracę, inni wracają z zagranicy, jeszcze inni chcą zacząć życie „na swoim”, choć połowa garderoby wciąż jeździ między dwoma adresami.
A ja jestem tą osobą, która pomaga im przejść ten most: bezpiecznie, spokojnie i z poczuciem, że naprawdę mają za sobą kogoś, kto pilnuje całego procesu.
Kiedy zamykam dzień, nie pamiętam tylko liczby rozmów czy podpisanych dokumentów.
Pamiętam ludzi.
Ich emocje.
Historie.
I to, że mogłam w nich uczestniczyć choć na chwilę.
Kulisy pracy agentki nieruchomości w Warszawie: rozmowy, detale i codzienne wyzwania.
Dlaczego o tym piszę? Bo przez ostatnie miesiące sporo pisałam o procedurach, formalnościach i analizach — a to tylko część tego, co robię.
Chciałam pokazać, że za “agentką warszawską” stoi człowiek:
zaangażowany, obecny, z poczuciem humoru i ogromną satysfakcją z pracy, którą wykonuje.
Jeśli kiedyś się spotkamy — przy kawie, przy mieszkaniach albo przy tym krześle z 2016 roku — zobaczycie, że naprawdę jestem po to, żeby ten proces był dla Was dobrym doświadczeniem.
I tak, obiecuję sobie: następnym razem dokończę kawę przed odebraniem porannego telefonu.
No… chociaż spróbuję 🙂